niedziela, 20 listopada 2016

Nowy zapach na zimę - Wakacje nad Oceanem indyjskim.

Moimi ulubionymi porami roku są zdecydowanie te ciepłe, czyli wiosna i lato, potem jest już mniej ciekawie. Pod koniec jesieni gdy zrobi się już wystarczająco ponuro i nieznośnie zimno a za oknami znowu hula halny człowiek zaczyna popadać w nostalgie za gorącym latem, słońcem wakacjami, zapachem narkotycznych kwiatów i opalonej skóry.
Latem sięgamy po chłodne powietrzne wonie, które zimą się nie sprawdzają ze względu na potęgowanie wrażenia nieprzytulności i dotkliwego zimna. A więc jeśli tęsknisz za latem a chciałabyś jednocześnie otulić się czymś ciepłym jak promień słońca przedstawiam ci mój nowy zapach.






































Praktycznie każda marka perfumeryjna musi mieć w swoich zasobach zapach z kategorii solarnej zaczynający się narkotycznymi kwiatami które ulegają zatopieniu w słonawej waniliowej ale nie przeciążonej bazie. Ylang-Vanille to zapach most, zaczyna się głośno hipnotycznym ylang-ylang z nad Oceanu Indyjskiego, który stanowi główny składnik kompozycji i spokojnie przechodzi w słonawą solarną wanilie w bazie, przywodzącą na myśl opaloną skóre i ekskluzywne olejki do opalania. Nuta ylang-ylang została przeciągnięta aż po ostatnie nuty zapachu, czyniąc go zdecydowanie tropikalnie biało kwiatowym z lekko animalnym wydźwiękiem. Ylang-ylang posiada bogate aspekty, kremowej kwiatowości, nieco surowej ziołowej morskości i charakterystyczną słoność oraz animalistyczność która kieruje nasze skojarzenia bezpośrednio w tropiki. Tworząc zapach inspirowałem się ciepłem promieni słońca które ogrzewają nasze ciała, ale jednocześnie chciałem by zapach był kwintesencją mojego stylu perfumiarstwa czyli zapachem bardzo kwiatowym i narkotycznym zahaczającym o animalność. Wzbogacająca ylang-ylang gardenia która swoją kremowością nadaje zapachowi pewną laktonowość i pomaga naszej wyobraźni czuć moc tropików, gorące słońce opalające naszą skórę która wydziela charakterystyczną solarną woń i gorące od upału płatki egzotycznych kwiatów rosnących przy plaźy. W bazie poczujemy miękką mleczną delikatną wanilie, w mało słodkiej, słonawej odsłonie wspartą akordem solarnym, cashmeranem i odrobiną indyjskiego sandałowca który zaciemnia bazę, dając jej nieco drzewny zadymiony sznyt.

Można spokojnie zamawiać flakon lub próbki.











Grupa olfaktoryczna: white floriental

Nuty:
Głowa: nuty zielone
Serce: ylang-ylang i gardenia
Baza: Wanilia, akord solarny, cashmeran i sandałowiec






sobota, 1 października 2016

Klakier jest, brakuje gargamela :D


Witajcie drodzy czytelnicy mojego skromnego bloga. Każdy kto liznął w swoim życiu prloskiego życia wie że na salonach i toaletkach każdej sztywnej wy(k)lakierowanej matrony królowała niejaka ,,Lady Walewska" w dziwacznym ultramarynowym flakoniku, który przez swój fenomenalny kształt bardzo zapadał w pamięć, a ulotna woń tajemniczego płynu wewnątrz była przedmiotem lansu tak jak dzisiaj Ray Bany czy I Phone 7 :D.
Pani Walewska bo o niej dzisiaj mowa, to typowy przedstawiciel woni z pogranicza szypru i zielono-kwiatowej kompozycji w stylu retro, można ją spokojnie postawić pomiędzy Anais Anais Cacharel, ArdenBeauty EA i kremem do smarowania pupci niemowlakom. To typowy przedstawiciel tego retro kwiatowego mydlanego nurtu, który swoim początkiem zwala z nóg a następnie szybko przycicha w aromat typowego mydła luksja za 2 zł i kremu oliwkowego ziaja do smarowania pupci i pomarszczonej twarzy mohera który wybiera się na niedzielną sume do kościoła.
Pani Walewska otwiera się mocno skondensowanym ostrym zielonym i bogatym galbanum, które jak wiecie ociera się o zapach surowej papryki, groszku, bimbru i acetonowego zmywacza do paznokci, w skrócie zwala z nóg swoją piękną a jakże zieloną ostrością w stylu retro. Towarzyszy mu jaskrawa bergamotowa cytrusowośc, kilogramy octanu linalilu i lawenda charakterystyczne dla retro zapachów a także kwiatowe podbicie sugerujące ylang-ylang i słodki hiacynt. Ta faza niesie niedosłowne skojarzenia,  z wyidealizowanym bo pozbawionym aromatu papierosów i spalonych włosów aromatem komunistycznego salonu fryzjerskiego i starych lakierów do włosia, którymi psikały się każde moherowe matrony w niedziele rano przed wyjściem na sumę do kościoła. Ta faza jest bardzo bogata, piękna mogłaby trwać dłużej bo dodaje niesamowitego powera, energetyzuje ale niestety zaczyna przycichać na skórze, łączy się z wyraźnym aromatem ylang-ylang, różanych alkoholi i hiacyntowej słodyczy oraz kadzidlano szorstkich jak sizalowy drut aldehydów alifatycznych. Aldehydy dają w tej kompozycji efekt mroźnego powietrza, pewnej tłustości i nieprzejrzystości, zapach przez to nabiera ciężaru a bukiet zmrożonych kwiatów: fiołków, róż, ylang-ylang, konwalii i hiacyntów korespondujących z piżmem daje efekt kremu do smarowania pupy.



Jednak nie myślcie że ten zapach to bezpłciowe mydełko, pomimo mydlaności kompozycja wibruje na skórze i pokazuje coraz głębsze szyprowe leśne tony subtelnego ziemistego kwaskowatego mchu i octanu wetiverylu które nadają mu retro sznyt lekko piwniczny, ziemny i leśny. Przy tej ciemnozielonej leśności wciąż trwa unosząca się nad tym wszystkim kosmetyczność zimnych kwiatów, w których pięknie wybrzmiewa lekko animalny fiołek parmeński, aldehydów i starodawnego całkiem przyjemnego nitro piżma, mydlanego i trącącego parą od żelazka.
Obok tego rdzenia daje się wyczuć jeszcze śladowe aspekty akordu owocowo-przyprawowego, nadającemu kompozycji życia i pewnej tajemnicy oraz wieloznaczności, owocem tym jest czarna porzeczka w chłodnym wydaniu i lekka przyprawowośc jakby ślad kminu i pieprzu, co ociera się zwłaszcza w połączeniu z samsarowym sandałowcem ( polysantol prawdopodobnie) o przyprawe maggi. Jednak akord ten jest bardzo dyskretny i nie psuje kompozycji. Zapach tak trwa, czasami wydzierają z pod niego kadzidlano winylowe aspekty sugerujące obecność mirry w bazie kompozycji i ten moment bardzo mi odpowiada. Jednak im dalej w głąb mydlaność ciągle się pogłębia i wchłania te wszystkie wibrujące kadzidła, przyprawy i owoce przez co zapach staje się zwykłym mydełkiem i bardzo przycicha na skórze, sprawiając wrażenie nakremowanej uprzednio oliwkowym kremem z ziaji z dodatkiem cierpkawego mchu. I w tym etapie zapach traci punkty bo zaczyna ocierać się o drogeryjną bezpłciową tandetę, pachnie jak Rosmann bądź inna drogeria i wędruje też niebezpiecznie blisko autobusowej rureczki. Na szczęście przy tym bardzo cichnie stając się praktycznie niewyczuwalny by zniknąć ze skóry lada moment, bo jak wspominałem na początku jest to woń tania nietrwała i ulotna.


Rok powstania:1971
Nuty: konwalia, róża, jaśmin i aldehydy alifatyczne.
Autor: nieznany










piątek, 30 września 2016

Stara drogeria i ginekologia zamiast perfumiarstwa.

Witam was po długiej przerwie, troszku mi się tych recenzji nazbierało więc teraz wreszcie się naczytacie przy wieczornej kawce wpisy Kacperka opisujące perfumy, jak po nich jeździ lub je wychwala, dziś będę jeździł i to tak jak w historii mojego bloga jeszcze nie było, bo opisze coś czego w zasadzie opisywać się nie powinno bo jest uosobieniem zapachowego przygnębiającego prozaizmu i tandety. Zastanawiam się co twórcom chodziło tworząc ten zapach, będący w ogóle czymś odmiennym niż ogólna koncepcja marki której znam sporo zapachów i są naprawdę dobrymi kompozycjami, choćby zniesławione Light Blue ( bo to o DG będę mówił )które jest moim zdaniem jedną z kwintesencji włoskiego stylu perfumiarstwa, zapachu klasycznej cytrusowo-jaśminowej koloni z dodatkiem jabłek i sporej ilości molekuł woody amber w bazie które nadają jej głębszy wręcz agresywny charakterystyczny ton. Może niektórych drażnić bo jest bardzo silny ale nie można powiedzieć że jest tandetą i nie można mu odmówić kunsztu i nowatorskości.
2 lata temu Dolce Gabbana krzyczał po drogeriach i perfumeriach plakatem Dolce, zresztą do dziś w moim mieście wisi ten plakat, do kompozycji podchodziłem niechętnie bo ponoć pachnie jak mydełko za 2 zł więc myśle sobie niezbyt interesujące, bo mydełko to ja mam w łazience, więc omijałem tę wątpliwej konduity kompozycje szerokim łukiem. Jednak coś mnie podkusiło żeby obczaić jak to pachnie, więc zapodałem strzały na moje męskie ciało i oto mamy aromat znany z katalogowych Avonów, akord znany też z  Be Delicious DKNY czyli undecavertol+ czarna porzeczka i ostry zielony triplar + olbrzymia linaloolowa pseudo kwiatowość z dodatkiem owocowych estrów dających tony ocierające się o acetonowy zmywacz do paznokci, czyli ostro tandetnie i generycznie, jak Incandessence Avonu, jest to zapach według tego samego schematu oparty na akordzie Grojsmann, który jest sprawdzonym trikiem na to że zapach spodoba się kobitkom i będzie komplementowany. Dodatkowo do tej ordynarnej sztucznej jak lakier do włosów z okresu Socjalizmu nucie głowy mamy silnego calonowego ogóra ( głowy nie dam ale trans-cis-3-nonadienal też maczał w tym palce) i ten ogór wzięty prosto z mizerii śmiesznie kontrastuje z tą ostrą sztucznością z nuty górnej, przyjemną bo przyjemną ale nijaką do bólu, kosmetyczną i szybko zapominaną przez masy. To co opisuje to przyjemność w porównaniu z tym co zapach zaczyna wyczyniać za kilka minut, przez fryzjerską ostrość zaczynają przebijać się ciężkie kilogramy mchu dębowego i brzoskwiniowego undecalactonu, zaniepokoiłem się bo wiem co to oznacza, zapach traci ostrość zmywacza i przyjmuje ostrość przepoconego swetra hydraulika który niezbyt dba o higiene. Ostry mech/evernyl połączony z brzoskwinią i kokosowa kremowatością oraz sporą dawką wanilinowej słodyczy dusi i jest to efekt który znam doskonale z Narciso NR, ten sam kłujący spocony sweterek, nawet ogóras i akord Grojsmann z Hedione i prawdziwym plastikowym jaśminem na czele nie ratuje zapachu tylko nadaje mu jeszcze bardziej syntetyczną duszącą perfumeryjność i tandetną szyprowatość. Tak zapach trwa i dusi przez jakiś moment by zacząć słabnąć i się zmydlać w nieprzyjemny sposób, pojawia się wyraźny udział gorzkawego pudrowego salicylanu benzylu i tandetnie pachnących piżm, tych makrocyklicznych które mają niby udawać to stare nitrowe ale pachną jak niezbyt dbająca o higiene kobieta, dodatkowo mamy jeszcze tutaj mdlącą malinową nute jej ketonów i swetrowy ambroxan z mchem. Na tym etapie zapach idealnie odwzorowuje aromat typowej podrzędnej drogeryjki która pachnie tandetnie, kosmetycznie i dusząco związkami piżm i mchu które ocierają się o aromat niemytego ciała i potu. Nie powiem że baza nie jest dopracowana tylko po co robić taki mix do bólu kosmetyczny, tandetny i jeszcze dokładać do tego nuty ludzkiego brudu których zawsze jestem przeciwnikiem. Ta faza pachnie jak rozwodniona wersja Kobako od Bourjois i trwa blisko skóry bardzo długo sprawiając że owa skóra pomimo że czysta pachnie jakby była spocona i lepka od brudu i natarta jakimś pudrem dodatkowo nie mogę oprzeć się wrażeniu starej i pomarszczonej pokrytej plamami wątrobowymi a skojarzenie wędrują w kierunku nieświeżych części intymnych kobiety, oraz wylizanej metalowej rurki w autobusie czy perfumiarze nie pomylili swojej pasji z ginekologią?

Rok powstania:2014
Autor kompozycji: nieznany ( wstydził się pewnie :D)
Nuty:
głowa-kwiat pomarańczy i kwiat papai.
serce-zwartnica, narcyz, lilia wodna.
baza- piżmo i kaszmeran.